Czy fantastyka na Śląsku jeszcze żyje? Śląskie Dni Fantastyki 2026

Data dodania: 15.04.2026

Źródło / autor zdjęcia: esil.pl

W poszukiwaniu odpowiedzi zawędrowaliśmy z redakcją esil.pl na Festiwal Śląskich Dni Fantastyki, o którym jeszcze nie słyszeliśmy. Przykuł naszą uwagę od razu, choć obawialiśmy się trochę łatki „outsiderów”, bo nie planowaliśmy się przebierać. Nasze obawy na szczęście się nie sprawdziły, ale i tak nic nie mogło nas przygotować na to, co zobaczyliśmy… Ale od początku!

Pierwsze spotkanie: kolejka pełna bohaterów

Na miejsce, czyli do III Liceum Ogólnokształcącego im. Batorego, w którym odbywał się festiwal, przyjechaliśmy trochę przed startem i okazało się to dobrym pomysłem, bo już kilka chwil po otwarciu kolejka za nami zaczęła szybko rosnąć.

Już tutaj dało się poczuć ducha festiwalowego — większość osób miała na sobie kolorowe stroje postaci z gier, anime i książek. Przewijali się bohaterowie z Wiedźmina, Harry’ego Pottera, popularnego anime Jujutsu Kaisen, Pokemonów, kreskówki Hazbin Hotel, Muminków... A lista jest jeszcze dłuższa!

To był niesamowity, zapadający w pamięć widok — tylu zapalonych fanów fantastyki w jednym miejscu. Widać też było, że to nie amatorszczyzna - cosplayerzy mocno się przygotowali, a każdy strój był drobiazgowy i pomysłowy. 

Kolorowy tłum przyciągał wzrok co ciekawszymi kreacjami, a wesoła wrzawa sprawiała, że można było poczuć się częścią grupy. Wesołe okrzyki, kiedy ktoś z kolejki rozpoznał znajomych z poprzedniej edycji i podekscytowane rozmowy powoli wprawiały nas w nastrój festiwalowy. A kiedy wreszcie udało nam się dostać do środka, czekało na nas kolejne zaskoczenie…

Szkoła? Raczej portal do nowego świata!

Jeżeli wydawało nam się, że kolejka na zewnątrz była długa, to wypadała ona blado w porównaniu z zapełnionym ludźmi holem szkoły. Z każdego kąta zerkała na nas jakaś fantastyczna istota, wzdłuż korytarzy ciągnął się nieprzerwany sznur stoisk z rękodziełem, a z każdej sali dobiegała wrzawa przygotowań do warsztatów. Festiwal był tak duży, że zajęty był nim cały budynek — od piwnicy aż po najwyższe kondygnacje.

Stoiska obfitowały w rękodzieło, książki i mangi, świeczki, kawę, biżuterię, naklejki i printy, akcesoria do cosplay’ów i ubrania… długo by jeszcze wymieniać! Festiwal szybko okazał się dobrym miejscem na zakupy dla osób, które lubią fantasy w różnych odsłonach — od słowiańskich duchów po japońskie yokai. Najwięcej było tu jednak widać rękodzieła.

Na korytarzach i w salach organizatorzy przygotowali też stanowiska z grą festiwalową — było ich aż siedem i przez cztery godziny ledwo udało nam się zakończyć wszystkie zadania.

Miasto zagubionych dusz istnieje — i ma adres na Śląsku

Festiwal odbywał się pod hasłem „Miasta zagubionych dusz”, a motyw aniołów i demonów przejawiał się nie tylko w dekoracjach, ale głównie w działaniach organizatorów, którzy wcielali się w przedstawicieli obu frakcji. Było ich dużo i łatwo było na nich trafić, zawsze też mogliśmy liczyć na pomoc.

Osoby z obsługi festiwalu były w pełni zanurzone w swoich postaciach — każdy był diabłem albo aniołem i konsekwentnie odgrywał swoją rolę. Stwarzało to aurę gry miejskiej albo escape roomu. Dzięki temu doświadczenie było angażujące, ale nie przytłaczające ani sztuczne.

Dość szybko rozwiała się nasza obawa, że się nie odnajdziemy albo będziemy odstawać od tłumu jako osoby bez przebrania. Nic takiego się nie stało. Ludzie byli otwarci, uśmiechnięci, zagadywali nas i bez problemu wprowadzali w festiwalową opowieść - nawet takich laików bez skrzydeł i rogów, jak my!

Zbierasz pieczątki, wybierasz stronę, trochę tracisz poczucie czasu…

Organizatorzy, żeby pogłębić wrażenie, że jest się w istocie w mieście zagubionych dusz, stworzyli specjalną grę festiwalową.

Na terenie całej szkoły mogliśmy zlokalizować stoiska, przy których siedziały anioły i demony, zapraszając nas do swoich frakcji. Każde stanowisko miało jedno lub kilka zadań do wykonania — za ich realizację dostawaliśmy pieczątkę przybijaną na festiwalowym identyfikatorze.

Mogliśmy na przykład rozwiązać krzyżówkę, wysłuchać nagrania jednej z zagubionych dusz, trafić do procesu przyjęcia do korporacji, a jeszcze indziej sprawdzić swoje umiejętności strzeleckie przy użyciu NERFa.

Ze wszystkimi zdobytymi pieczątkami trzeba było udać się do tajemniczego Kapłana, który po krótkiej ceremonii oznajmiał, do której frakcji należymy.

Prelekcje i wiedza od pasjonatów

Poza stoiskami sprzedażowymi i grą były też prelekcje i wykłady w aulach — całe dwa dni wypełnione wiedzą od pasjonatów i osób, które praktycznie oddychają fantastyką.

Program był wypełniony po same brzegi wykładami o literaturze fantasy i science fiction, popkulturze, anime i mandze, ale nie zabrakło też praktyki — uczestnicy mogli nauczyć się na warsztatach jak tworzyć stroje bez załamania nerwowego, budować broń z balonów, czy poznać kulisy pracy twórczej profesjonalnych cosplayerów. To była przestrzeń dla tych, którzy chcieli nie tylko oglądać, ale też zrozumieć i pogłębić swoją wiedzę.

Cztery godziny później i już wiesz, że zabrakło ci czasu…

Festiwal trwał dwa dni, ale były to zdecydowanie mocno „upakowane” dwa dni. Pomimo spędzenia na nim czterech godzin, udało nam się „tylko” zobaczyć stoiska sprzedażowe, odwiedzić wszystkie sale (dosłownie na chwilkę), ukończyć grę festiwalową i dowiedzieć się, czy jesteśmy we frakcji aniołów, czy demonów. (Pozwólcie, że werdykty zostawimy dla siebie...)

W czasie festiwalu można dużo kupić, zanurzyć się w grze, przyjść na warsztaty — na przykład z robienia mieczy z balonów, wziąć udział w turnieju planszówkowym, pograć w pierwszego DOOMA, czy zagrać w zapomniane już Pokemon tazos. Była nawet strefa wyciszenia w formie fortu z kocy i pluszaków dla tych z nas, którzy zaczynali już odczuwać zmęczenie. 

A to wszystko w atmosferze ogólnej swobody i fascynacji. Wesoła wrzawa, kolorowe stroje, zapachy świeczek przywodzące na myśl leśną chatkę czarownicy... Bardzo mocno widać, że festiwal jest robiony przez pasjonatów dla pasjonatów, ale amatorom nie blokuje się tu wejścia. Wręcz przeciwnie — to miejsce, w którym można bardzo łatwo złapać magicznego bakcyla, który szybko nie puści.

Nie dziwi więc, że festiwal co roku przyciąga tłumy — sami chętnie na niego wrócimy!

Ktoś czuwa — i dzięki temu Ty możesz się przyjemnie zgubić

Musimy też wspomnieć o organizacji całego wydarzenia, bo była bardzo rzetelna — każda osoba wchodząca do szkoły była identyfikowana, a nieletni uczestnicy musieli okazać pozwolenie od rodziców.

Pracownicy festiwalu byli cały czas gdzieś w zasięgu wzroku — pomagali zorientować się w przestrzeni, żeby nikt nie został bez wsparcia, a identyfikatory uczestników miały miejsce na wpisanie numeru „ICE”, czyli kontaktu do osoby, do której dzwoni się w razie wypadku.

Wszystko było przemyślane i dopięte na ostatni guzik — tak, że można było po prostu wejść w świat magii i zapomnieć o mugolach na zewnątrz.

No to jak - fantastyka na Śląsku żyje, czy potrzebuje nekromanty?

Po tym weekendzie werdykt jest prosty, a odpowiedź brzmi: tak, żyje! Co więcej, dzięki takim wydarzeniom jak Festiwal Śląskich Dni Fantastyki ma się świetnie i nic nie wskazuje na to, żeby trzeba było wzywać do niej speca od umarłych. Teraz tylko postarajmy się o to, żeby na co dzień pamiętać o magii naszego regionu - jesteśmy to winni bebokom!

Autorka: NO

Ilustracja trzech osób w okrągłych ramkach, ułożonych obok siebie – mężczyzna po lewej, kobieta z blond włosami w środku, kobieta z brązowymi włosami po prawej, reprezentujące uczestników lub zespół organizatorów.

Udostępnij tę wiadomość

Widzisz jakąś niezgodność w treści opisu lub masz dodatkowe informacje? Zgłoś je nam, klikając w poniższy przycisk.

Widok z lotu ptaka na centrum Katowic z nowoczesnymi wieżowcami, zielonym parkiem i budynkiem NOSPR. Na zdjęciu dodane są grafiki: kalendarz, ptak z dyplomem i teatralne maski.

Halo, Śląsk!

Chcesz wiedzieć, co nowego na mapie Śląska? Zapisz się do naszego newslettera! Powiadomimy Cię o wydarzeniach, newsach i odkryciach.

Klikając przycisk „Zapisuję się” akceptuję postanowienia Regulaminu esil.pl