W miniony weekend Superauto.pl Stadion Śląski stał się centurm polskiej muzyki za sprawą dwóch koncertów Dawida Podsiadło, które otworzyły jego nową trasę koncertową. Wcześniej informowaliśmy Was o logistyce i możliwościach samego Stadionu oraz Parku Śląskiego. W sobotę, 6 czerwca, postanowiliśmy sami sprawdzić, jak obiekt radzi sobie z masową imprezą i co przygotował dla nas artysta. Spoiler: było epicko, a na trybunach i płycie bawiło się około 100 tysięcy fanów!
Świetna organizacja i integracja przed startem
Już przy wejściu do Parku Śląskiego uderzał widok gigantycznych tłumów. Na szczęście organizatorzy stanęli na wysokości zadania – tuż przy bramach znalazła się czytelna mapa stadionu. Precyzyjnie oznaczono na niej strefy: wejścia na płytę, trybuny, sektory VIP, stoiska z merchem oraz samą scenę. Zadbano też o bezpieczeństwo i komfort: regularne komunikaty przypominały o nawodnieniu, dostępna była darmowa woda pitna, a na telebimach wyświetlano instrukcje, jak wezwać pomoc w razie zasłabnięcia oraz gdzie szukać tłumaczy języka migowego.
Zanim Dawid wszedł na scenę, stadion żył własnym życiem. Czas oczekiwania umilały przygotowane przez organizatorów gry integracyjne, a publiczność rozgrzała się, tworząc imponującą falę, która kilkukrotnie okrążyła trybuny. Prawdziwe widowisko zaczęło się jednak, gdy na ogromnej scenie 360 stopni rozbłysły ekrany. Koncert otworzył film o obracającej się Ziemi i zatrzymaniu czasu – w ten jeden wyjątkowy moment, w którym mieliśmy „śpiewać za głośno, tańczyć za bardzo i zapisywać wspomnienia w głowach”.
Emocjonalny rollercoaster i niespodziewani goście
Atmosfera od pierwszych sekund była niesamowita, a fani rozpoznawali utwory już po pierwszych sekundach. Jednym z poruszających momentów było wspólne odśpiewanie „Sto lat” dla polskiej tenisistki Mai Chwalińskiej, która w ostatnich tygodniach zachwyca kibiców na całym świecie.
Wizualnie koncert zapierał dech w piersiach – dwukrotnie wystrzeliwano konfetti, a widowiskowa pirotechnika rozgrzewała publiczność dosłownie i w przenośni. Nie zabrakło też wyjątkowych gości. Na scenie pojawił się Sobel, z którym Dawid ogłosił nową płytę powiązaną z festiwalami ZORZA. Prawdziwą bombą emocjonalną był jednak występ Artura Rojka – cały stadion zaśpiewał z nimi kultową „Długość dźwięku samotności”. Wieczór dopełniły wzruszające zaręczyny na widowni oraz osobiste, pełne humoru opowieści Dawida o jego bliskich.
Wieczór, który zapamiętamy na długo
Koncert trwał blisko dwie i pół godziny, dostarczając pełnego spektrum emocji – od śmiechu, przez wzruszenie, aż po czyste szaleństwo. Powroty do samochodów i domów w tak gigantycznym tłumie trwały zapewne drugie tyle, ale nam udało się sprawnie dotrzeć do łóżek. Zasypialiśmy zmęczeni, ale wciąż naładowani niesamowitą energią tego chorzowskiego święta muzyki.













