Na Śląsku obraz ojca przez lata miał bardzo konkretny kształt. Kojarzył się z pracą na kopalni lub hucie, odpowiedzialnością i człowiekiem, który mało mówił. Obraz ten wyrósł z prawdziwego doświadczenia wielu rodzin, ale nie jest jedyny. Oprócz utrzymania domu i ciężkiej pracy, ojcostwo to też mądrość, pamięć i odwaga, by iść własną drogą. Dlatego przy okazji Dnia Ojca poszukaliśmy przykładów osób, które na Śląsku stały się dla wielu wzorem do naśladowania. Przybliżymy ich biografię, bo warto znać ich również z tej strony.
Dzięki temu zobaczymy nasz region jako miejsce, które dało Polsce ludzi różnych światów: sportu, filmu, teatru, gór, języka i kultury. Ludzi, którzy dla wielu stali się punktami odniesienia. Nie ojcami w dosłownym sensie dla wszystkich, ale „ojcami Śląska”, autorytetami. Takimi, którzy swoją pracą, rozpoznawalnością, a nawet zwykłym sposobem bycia pokazali, że ze Śląska można mówić do całej Polski – i być słuchanym.
Gerard Cieślik. Chłopak z boiska, który stał się legendą
Są nazwiska, o których na Śląsku każdy słyszał. Tak właśnie jest z Gerardem Cieślikiem. Dla kibiców Ruchu Chorzów nie był tylko piłkarzem. Był symbolem przywiązania do klubu, miasta i regionu. Nie musiał opowiadać o wierności, bo po prostu ją pokazywał.
Cieślik miał w sobie prawdziwy magnetyzm – kiedy wchodził na boisko, od razu przyciągał uwagę swoją osobowością. Nie był niedostępną gwiazdą z odległego świata. Był „stąd”. Z Hajduk, z Chorzowa, ze śląskiego podwórka.
Dla wielu młodych kibiców i piłkarzy był (i jest) dowodem na to, że wielka kariera nie musi zaczynać się w “wielkim centrum”. Może zacząć się lokalnie, blisko domu, na boisku, które zna się od dziecka. Za życia Cieślik miał ogromny wpływ na młodych ludzi nie tylko przez gole i sportowe sukcesy. Jego siła polegała też na tym, że pozostawał obecny. Pojawiał się na meczach, był częścią klubowej pamięci, łączył pokolenia kibiców. Starsi mogą opowiadać o jego występach jak o własnych, bo tak dobrze je znają. Młodsi słuchają tych historii jak rodzinnych legend. A później marzą, by był “jak Cieślik”.
Cieślik uczył, że talent potrzebuje pracy, ale też lojalności. Że piłka nożna to nie wyłącznie wynik, tabela i transfery, a wspólnota. Barwy. Emocje przekazywane z ojca na syna, z dziadka na wnuka, z trybuny na boisko.
Franciszek Pieczka. Głos, któremu się wierzyło
Urodzony w Godowie aktor stał się jedną z najbardziej lubianych twarzy polskiego filmu, teatru i telewizji. Wielu widzów pamięta go jako Gustlika z „Czterech pancernych i psa”. Inni – jako Stacha Japycza z „Rancza”, siedzącego na słynnej ławeczce w Wilkowyjach. Ale zamykanie Pieczki w popularnych rolach byłoby niesprawiedliwe. Grał u największych reżyserów, tworzył postacie dobre, surowe, zabawne, tajemnicze, proste i głęboko poruszające. Miał talent do tego, by nawet drugoplanową obecność uczynić czymś zapamiętanym.
Franciszek Pieczka miał w sobie rzadki rodzaj ciepła. Nie był przesłodzony ani udawany. Kiedy pojawiał się na ekranie, mieliśmy poczucie, że przyszedł ktoś znajomy. Ktoś, kto siądzie obok, powie kilka zdań i zrobi się spokojniej.
Dla Śląska Pieczka był ważny także dlatego, że nigdy nie sprawiał wrażenia człowieka odciętego od swoich korzeni. Niósł je w głosie i postawie. Nie musiał ich podkreślać na siłę, były w nim.
Musimy przypomnieć również mniej oczywisty śląski ślad jego działalności. To właśnie Franciszek Pieczka jest narratorem filmu edukacyjnego w Muzeum Powstań Śląskich w Świętochłowicach. Trudno o bardziej symboliczny wybór. Jeśli chcemy słuchać o regionie – głos Pieczki pasuje do tego idealnie. Spokojny, rozpoznawalny, ciepły, a jednocześnie pełen powagi.
Autorytet budował latami. Rola po roli, spotkanie po spotkaniu. W Dniu Ojca można zobaczyć w nim figurę ojcowską nie dlatego, że grał ojców, ale dlatego, że dawał poczucie zakorzenienia. Przypominał, że dobroć i godność są sposobem mówienia, patrzenia na ludzi.
Jerzy Kukuczka. Człowiek, który szedł wyżej
Śląsk bywa opisywany “poziomo”: ulice, kopalnie, familoki, miasta połączone torami i drogami. Jerzy Kukuczka pokazał Śląsk, który patrzy w górę. Bardzo wysoko. Urodzony w Katowicach himalaista stał się jednym z największych symboli polskiej determinacji. Jego historia to opowieść o osiąganiu celów przez pracę, ryzyko, konsekwencje i odwagę. Pokazał, że warto wybierać drogi, których inni jeszcze nie przeszli.
Kukuczka zdobył Koronę Himalajów i Karakorum jako drugi człowiek na świecie. Ale w jego biografii oprócz liczby są styl i charakter. Wchodził nowymi drogami, zimą, często w warunkach, które trudno sobie wyobrazić z wygodnego fotela. Jego przykład nie polega na tym, że „wszedł na szczyt”, a na tym, że zrobił to nie mając gwarancji powodzenia, przechodząc długą i trudną drogę.
Dla młodych ludzi to bardzo aktualna lekcja. Nie każdy ma zdobywać Himalaje. Nie każdy musi bić rekordy. Ale każdy zna swoje własne góry: egzamin, pierwszy trening, trudną decyzję, wyjazd z domu, zmianę pracy, walkę z własnym zniechęceniem. Kukuczka pokazywał, że warto przebyć nawet najtrudniejszą drogę do osiągnięcia celu. Jest przykładem jak żyć i spełniać swoje marzenia.
Kazimierz Kutz. Ten, który nauczył patrzeć na Śląsk inaczej
Kazimierz Kutz dał Śląskowi obraz. Pokazał region z jego dumą, bólem, humorem, pracą, rodziną, twardością i czułością. Przedstawił ludzi, którzy wcześniej zbyt często byli tłem dla historii opowiadanych z zewnątrz.
Urodzony w Szopienicach reżyser swoją twórczością wracał do śląskiej ziemi wielokrotnie. Najmocniej zapisał się w pamięci dzięki śląskiemu tryptykowi: „Soli ziemi czarnej”, „Perle w koronie” i „Paciorkom jednego różańca”. To filmy, które pomogły wielu ludziom zobaczyć śląskie doświadczenie, język i dramaturgię.
Kutz nie traktował Śląska jak dekoracji. Interesowała go rodzina, wspólnota, robotniczy etos, lokalny humor i trudne wybory. Dzięki niemu Śląsk w polskim kinie stał się głównym bohaterem.
Kutz miał umiejętności nazwania świata, z którego się wyrosło. Czasem potrzebujemy kogoś, kto powie: to, co nasze, jest ważne. Nie trzeba tego ukrywać, poprawiać, ani tłumaczyć. Można z tego zrobić sztukę.
Dziś, gdy Śląsk wciąż opowiada siebie na nowo, twórczość Kutza pozostaje ważnym punktem odniesienia. Przypomina, że lokalność nie jest ograniczeniem. Może być źródłem siły.
Jan Miodek. Ślązak od słowa
Na pierwszy rzut oka Jan Miodek może wydawać się postacią z zupełnie innej opowieści. Nie stadion, nie plan filmowy, nie Himalaje, tylko język. A jednak to właśnie język jest jednym z najważniejszych filarów, jakie mamy.
Profesor Miodek, urodzony w Tarnowskich Górach, jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych językoznawców w Polsce. Dla wielu osób był i jest przewodnikiem po polszczyźnie: nie surowym kontrolerem z czerwonym długopisem, ale kimś, kto potrafi opowiadać o języku z pasją, humorem i ogromną wiedzą. Dzięki niemu poprawność językowa nie musi kojarzyć się wyłącznie ze szkolnym stresem. Może być rozmową o kulturze, wspólnocie i uważności.
Jego śląskość jest tu szczególnie ciekawa. Bo Śląsk to region wielu tonów, gwar, akcentów i rodzinnych słów, których czasem nie da się łatwo przełożyć na oficjalny język. Miodek pokazuje, że można kochać polszczyznę i jednocześnie rozumieć bogactwo mowy regionalnej. Można być profesorem, autorytetem, człowiekiem nauki, a przy tym kimś, kto wie, jak brzmi domowe „po naszymu”.
W Dniu Ojca jego postać przypomina o jeszcze jednym wymiarze ojcostwa: o przekazywaniu słów. To ojcowie i dziadkowie uczą często pierwszych powiedzonek, rodzinnych historii i żartów. Język przechodzi przez kuchnię, podwórko, szkołę i niedzielny obiad. Nie zawsze zauważamy, jak wiele dziedziczymy właśnie w słowach.
Różne twarze autorytetu
Gerard Cieślik, Franciszek Pieczka, Jerzy Kukuczka, Kazimierz Kutz i Jan Miodek nie tworzą jednej prostej opowieści. I bardzo dobrze,bo Śląsk też nigdy nie był jednowymiarowy.
Każdy z nich pokazuje inny rodzaj ojcowskiego autorytetu. Sportowy, artystyczny, wspinaczkowy, filmowy, językowy. Żaden nie mieści się w prostym stereotypie ojca, który tylko ciężko pracuje i milczy przy stole. Choć praca, odpowiedzialność i skromność są w tych biografiach wyraźnie obecne, to dochodzi do nich: pasja, odwaga, wyobraźnia i wpływ na innych.
Może właśnie o to warto zapytać przy okazji Dnia Ojca. Nie tylko: jaki był albo jaki jest ojciec? Ale też: kto nas uczył patrzeć szerzej? Kto pokazał, że można być stąd i robić rzeczy wielkie?
Ojcostwo nie kończy się na rodzinnej roli. Bywa też odpowiedzialnością za pamięć, za wspólnotę i za młodszych, którzy dopiero szukają swojej drogi. Autorytet nie zawsze stoi przy tablicy i nie zawsze siedzi na honorowym miejscu. Czasem biegnie po boisku, mówi z ekranu, idzie w góry, ustawia kamerę i tłumaczy, dlaczego jedno słowo potrafi zmienić sens całej rozmowy.
Dzień Ojca może być chwilą wdzięczności wobec tych, którzy zostawili po sobie ślad większy niż własna biografia. Wobec ludzi, dzięki którym Śląsk nie jest tylko czernią węgla, familokiem i przemysłowym pejzażem.
A takie dziedzictwo dobrze jest podawać dalej. Tak, żeby młodzi mogli zobaczyć, że autorytet nie musi być odległy. Może pochodzić z ich miasta, z sąsiedniej dzielnicy. I podpowiadać, że warto robić swoje, pamiętać skąd się jest i nie bać się pokazać światu własnego głosu.

















